Kurwa, nie mogę tego czytać i postanowiłem sam napisać. Fuck it. Mam tego dosyć. Kocham Cię, też mi coś... mogę to powiedzieć byle komu bez mrugnięcią powieką, a on się podnieca. "Odblokowałem się" - chuj z tym odblokowuj się. whatever... aczkolwiek powinienem ograniczyć pisownię angielską bo to totalna chujnia. Wolę już chyba poprzeklinać... co drugie słowo "kurwa" i "chuj" zamiast przecinka. Wkurwia mnie to wszystko. Właściwie tematu przewodniego nie mam. Zostały mi dwa dni na wymyślenie planu awaryjnego i go do chuja nie wymyslę. Mama przestanie się do mnie odzywać, siostra już nigdy nie wesprze ale jebać to jakoś to zniosę ale tego, że ich zawiodłem nie. Kurwa kurwa kurwa co tu robić... pomysłu brak. Tzn. jest owszem ale durny i nieosiągalny bo po prostu się nie uda, a stracę jeszcze więcej lub całkiem mozliwe, ze się usmieszę a osmieszanie się wychodzi mi już nosem. Kurwa jestem debilem bez dwóch zdań... w dodatku tłustym, pryszczatym i baaaaaaardzo głupim. O tak zdecydowanie się biczuję tymi słowami ... zdecydowanie. Jutro spróbuję plan a/ skuteczność powodzenia 1% plan b/ w niedziele skutecznosc powodzenia 5 % plus strata kolejnych dwoch znajomych w razie niepowodzniea. Czyli wyjdzie na to, że za niedługo nie będę miał ich już w ogóle. Niech kurwa trafi mój charakter bo po prostu nie ogarniam już siebie w ogóle. Ok. Zapytam prosto z mostu. Chce mi ktoś pomóc? Nie... w ogóle się nie dziwię... szlag
Miałem dziś wizję. Wizję swojego obecnego życia. Siedziałem w supermarkecie na plastikowych krzesłach ( o zgrozo! tych ogrodowych ) i piłem wódkę, mnóstwo wódki. Przedziwne bo czułem nawet jej smak. Piłem ją w towarzystwie mojego przyjaciela i reszty mniej bądź bardziej znanych osób. Pamiętam, że był np Adaś jedna z wielu Emilowych, tygodniowych miłości. Piliśmy tę wódkę, kiwając się na plastikowych krzesłach i towarzyszyło mi uczucie niepokoju. Poza tym odczytywalem z oczu pozostałych, ze nie darzą mnie szacunkiem. Później dołączyły do nas postacie z "Futuramy" i "American Dad" i nastąpił jeden wielki chaos. Kolejno działy się rzeczy kluczowe do rozgryzienia zagadki wizjonerskiego przekazu, ale teraz nie potrafię ich sobie przypomnieć. W każdym razie wiem o co chodziło. To było podsumowanie mojego obecnego życia. Nie robię nic, siedzę w domu, czasem wychodzę z Emilem do burdelu i nieustannie piję alkohol. Teraz uciekłem z Krakowa bo już tego nie ogarniam, a raczej ogarniam i to aż za dobrze, za bardzo mi się spodobało nic nie rozbienie. Przyjechałem więc do Oświęcimia, do rodziców i co?? I ciągle jem, pije i oglądam amerykańskie kreskówki... jest jeszcze gorzej.
Codziennie budzę się z myślą, żeby to zmienić, a zaraz po tym włączam komputer i zaczynam oglądać "American Dad", przeglądać facebooka, fellow etc itd. Rzygam tym, rzygam i rzygam po trzykroć. Nie chcę nikomu mówić o apatii jaka mnie dopadła, bo kto mnie wysłucha jeśli sam tego nie zrobię. Patrzę w swoje odbicie, spoglądam na swoje ciało, swoją twarz. Nie dość, że się postarzałem to przytyłem do granic możliwości. Patrzę i myślę, ze takie życie mimo, że bez imprez, bez znajomych, bez wychodzenia z domu, zaczyna mi się podobać. Lubię swoją nadwagę, odrastające włosy, brodę i nieróbstwo. Jednak z każdym kolejnym dniem przyzwyczajam się coraz bardziej a to złe, totalnie złe i mimo, że posiadam taką wiedzę to palce odmawiają mi posłuszeństwa a umysł jest w strzępach. Muszę wziąć się w garść, ale jak to zrobić skoro wcale tego nie chcę.
Przebudzenie nie było staysfakcjonujące. Ten sam mały bezosobowy pokój, śmierdząca pościel i zwykła suchość w ustach. Szczęśliwego nowego roku Marku. Pierwsza myśl: o fuck, chrzanić te pierwsze myśli, ale myślałem o nim. Pustka po stracie bliskiej osoby jest nie do zniesienia, frustrująca, czuję się jakbym przegrał i nie miał żadnej przeszłości. Jest tylko niebezpieczna, wibrująca teraźniejszość, gdzie rządzi pustka, gdzie rządzi on, jego brak, jego nowe życie beze mnie. Trudno wstać, gdy nowy rok nie daje pozytywnego kopa, gdy nie ma odpowiedzi na pytania które wciąż kotłują się w mojej głowie, gdy nie ma ukojenia, wolności, radości, nadzieji. Ciężko... Jednak wstałem. Rytuał na kiblu, papieros, eh mógłbym wrócić do łóżka ale chrzanić to. Rzut oka na drugie łóżko, na nim moja współlokatorka ze swoją koleżanką. Czas zacząć grę. Kawka dla dziewczyn, pobudka dla kotłującej się pary z pokoju obok i ich psów, kawka dla nich. Kawa dla mnie, uśmiech, żarty, wpomnienia sylwestrowej nocy. Nie mam co opowiadać, było badziewnie i niczego innego się nie spodziewałem, absolutnie niczego. Oczekiwanie na 14:00, wyjście do pracy, o tak niektórzy mają przyjemność pracowania nawet pierwszego dnia w roku. Praca i 4 sezon Dextera w natarciu. Bardzo dobrze, ze jest przynajmniej on i Debra Morgan, kocham tę kobietę. Jest taka cholernie szczera i taka cholernie dobra. Chcę być taką Debrą, ale jedyne co mam z nią wspólnego to potok nieustających kurw i szmat z moich ust.
Praca wytrąca mnie z równowagi, dużo ostatnio choruje, schudłem 7 kilo i ciesze się z zajebistych paseczków na moim ciele. Chodzi o te seksowne wcięcia od brzucha do pachwin, a może źle to opisałem... całkiem możliwe.Aktualnie żyję tak jakbym nie wiedział co się dzieje. Czuję się jak we śnie, a moje życie nie przypomina mojego życia. Potrafię pić miesiącami dzień w dzień by za chwilę nie pić nic przez kolejne miesiące, potrafię spać non stop z przerwami na prace, by zaraz zmienić to na calkowite niewysypianie się, relacje z ludźmi ograniczam bądź tak bardzo zaciskam i łaknę kontaktu z nimi, że świadomość, ze mam siedziec sam w domu dobija mnie i powoduje uczucie smutku. Miałem depresje, miałem nerwicę, miałem to wszystko i to wszystko na nic, teraz nawet nie wiem co mam... chyba nic chyba wszystko wyprostowałem, a mimo to nie mogę zapomnieć o moim byłym facecie i ciągle odtwarzam w myslach jego postac, jego słowa, wyzywam go, niszcze, placze, chce go i nie chce go zarazem. Tak nieprzerwanie od kilku miesięcy. Przerażająca sprawa... Nowy rok miał być objawieniem... ale czego ja się spodziewałem...
I tak oto siedzę naprzeciw monitora, mętny i wyschnięty jak zawsze. Zapomniałem o pisaniu, zapomniałem bo było tak miło tak fantastycznie, tak inaczej niż zwykle. Odkryłem stary wpis, który zacząłem dawno temu i nie skończyłem... coś wtedy mnie powstrzymało, sam nie wiem co... może ktoś mnie wyrwał z chwilowego dołka, może jakiś podświadomy duch nie chciał abym wtedy dokończył... cokolwiek wtedy miałem na myśli nie wiem, a może to było prorocze i stąd taka długa pauza. Zresztą sram na to, dosyć tej bagiennej myśli. Czasem zdarza się tak, że coś siedzi w naszej głowie, coś tak bardzo odkrywczego, tak bardzo niesamowitego, że myśl aby tym się podzielić tak nas dekoncentruje, że za chwilę nie pamiętamy ( a może raczej powinienem napisać ja nie pamiętam ) o co tak naprawdę chodziło. Dość często dotyka mnie to dziwne uczucie... totalne otępienie i lekki zgon. Mam urlop... mogłem nie mieć... urlop to nie dla mnie, nie mam co robić z wolnym czasem, a raczej błąd... mam co z nim robić, wiem nawet co powinienem robić, a siedzę i kiwam się w tył i przód myśląc i wciąż myślac, że powinienem to zrobić... i na tym się kończy. Bardzo niedobrze, bardzo... facet w moim wieku powinien już odnieść sukces, a przynajmniej mieć go na celowniku. Ja nie mam ani celu ani nawet nie namierzam go choćby w najmniejszym stopniu. Takie podejście uświadamia mi tylko jedno... mam tak wiele do stracenia jeśli natychmiast nie wezmę się za siebie... a mimo wszystko wciąż ta blokada. Skąd ona się bierze??? Skąd pytam siebie po trzykroć i otrzymuję pustkę. W wieku dwudziestu pięciu lat uświadomiłem sobie, że pieniądze są ważne i nawet jeśli będę się zapierał, że nie są ważne, to niestety przykra odpowiedź brzmi, że ważne są i to bardzo. Bez celu nie osiągnę pieniędzy, a bez nich pełnej satysfakcji. Pieniądze, pieniądze i pieniądze... szefowa mówi, staraj się a będziesz miał ich dużo, mój facet pyta "jak wysoką dostaniesz premię w tym miesiącu", nowy kolega z pracy dziwi się "masz 25 lat i nie myślisz o jakiejś stabilizacji finansowej?..." a ja sam mam to w dupie, chociaż na pewno nie powinienem mieć.
Nie miałem obaw o przyszłość, a znowu się pojawiły... jak jesteś sam to jest dużo prościej. Coś Ci się nie podoba to po prostu odchodzisz, uciekasz, wracasz z tarczą lub na tarczy. Gdy masz kogoś sprawa komplikuję się, zwłaszcza, gdy nie wiesz co tak naprawdę się dzieję. Bo oto stałem się częścią niesamowitej monotonii, apatii, bliźniaczych dni, a zarazem niesamowitego przywiązania i dobitnego uczucia (przynajmniej z mojej strony). Nie wiem co robić i nie chcę wiedzieć chyba tak naprawdę. Jutro mam zamiar iść na siłownię i sprawić aby ten dzień stał się naprawdę bardzo dobrym dniem... a jeśli po raz kolejny się nie uda, jeśli mój urlop zakończy się totalną katastrofą, zamierzam narodzić się na nowo i tak do skutku, aż się uda... w końcu przecież musi.
Kąpiel... prysznic...żel...obmywanie zadrapań, małych ran, wydrapanych dziur, odartych ze skóry kolan. Spojrzenie w lustro... blada jak papier twarz, głodne oczy, chore ciało...pieprzenie i nic poza tym. Wiele się wydarzyło... czas minął niczym proste i szybkie pstryknięcię palcami. Juliet umarła, waląc w bombę wodorową kawałkiem żelaza... kolejna seria "Zagubionych" dopiero w styczniu. To boli, boli jak skurwysyn, że to już ostatnia. Wiele się wydarzyło... cholerne swędzenie całego ciała doprowadza mnie do obłędu... próbuję się powstrzymać, ale nie umiem... zostałem zarażony, zakażony, umrę drapiąc się po ostatnim wolnym i czystym skrawku ciała. Minął ponad miesiąc od ostatniego wpisu... a ja jestem już zupełnie gdzie indziej... wymieniłem sobie mózg i całe życie. Jestem statecznym poukładanym, elokwentnym, wesołym chłopakiem, a równocześnie pogrążam się w niesamowitej ciemności. Czuję się jak Lestat, cokolwiek to oznacza. Dostałem kolejny awans, praca sprawia mi ogromną satysfakcję i co najwazniejsze nie nudzi. Ludzie w niej są świetni, weseli i pracowici... sielanka rzec by można... tylko co z tego skoro jutro mogę ją stracić, bo przez głupotę zacząłem działać na szkodę firmy i odkręcić się tego już nie da. Moja była znajoma, była powierniczka i była kochanka Barbara już za to poleciała, została zgnieciona przez dyscyplinarne zwolnienie i prokuratora na karku... cóż... adieu kochanko... chociaż z drugiej strony gdzieś tam liczyłem w duchu, że Basia będzie ze mną w ciąży... to by było urozmaicenie dnia codziennego. Poznałem faceta... wszedłem z nim w związek... niesamowita postać. Słodki, miły, kochany, cudowny co nie przeszkodziło mu na moich oczach użyć metalowej pałki za co za niedługo czeka go pewnie też prokurator... o ile rzecz jasna dobrze pójdzie. Związek z nim ma dziwny smak... widzimy się codziennie, późnym wieczorem, śpimy u mnie lub u niego siejąc zgorszenie u moich heteryckich współlokatorow, którzy coraz mniej radośnie mówią mi dzień dobry. Uprawiamy cudowny seks, rozmawiamy godzinami, albo leżymy w milczeniu pijąc wino. Chodzimy do kina i na dyskoteki. Wszystko pięknie i idealnie. Ale jak pisałem jest druga strona. Pomijając przestępstwo którego się dopuścił, jest jeszcze...
Czasem jesteś szmatą i totalnym zerem, wiesz... powiedziało lustrzane odbicie do kogoś stojącego naprzeciw. A kim jest ta osoba??? kim?? Swoista gra słów bo "Kim" to tytuł najbardziej porąbanego utworu jaki kiedykolwiek dane było mi usłyszeć. Nie chce iść dzisiaj do łazienki, nie chcę się kąpać, a zarazem pragnę zobaczyć się z nim, z lustrzanym odbicie, które mnie zagryza i szydzi ze mnie kiedy tylko mu na to pozwolę. Dziś nie mam siły, nie mam władzy, nie mam nic co pomogłoby wygrać mi tę walkę. Dzisiaj przegram i zastanawiam się czy po prostu dać sobie spokój, rozpłakać się, czy zwariować i uderzyć z całym impetem w siebie. Może to byłoby dobre... Dzień nostalgii, pomyłek i niespełnionych nadziei. Wczoraj na nowo się pokochałem w wersji superpedał, a moja druga strona krzyczy, że to jest bezcelowe i złe. Wczoraj wróciłem do punktu wyjścia i mam ochotę pozostać tam na zawsze. Alkohol, papierosy, pseudointeligentna rozmowa o miłości, a później noc pomiędzy dwoma męskimi ciałami, wpatrywanie się w oczy obcej osoby, oczy w które odkąd pamiętam chciałem się wpatrywać i tęsknota, że nie spojrzą na mnie tak jakbym chciał żeby spoglądały... totalna beznadzieja. A zarazem cudowna chwila, którą będę celebrował jeszcze długo, dłuuuugo bardzo długo. Poranek, pożegnanie dwóch męskich ciał, z czego jedno jest bardziej obojętne od drugiego, a zarazem jedno z nich sprawia, że tęsknota rośnie w niewyobrażalnym wprost stopniu. Znowu sen, mordercza muzyka z pokoju współlokatora i wyjazd do rodziców. Jazda pociągiem i drzewa, niewyobrażalnie piękne i przerażające drzewa... zawisnąć na nich, dotknąć ich, być drzewem... będę nim gdy przyjdzie jesień i wreszcie zima mojego życia... tylko czy Bóg pozwoli mi być złotym kasztanem czy martwą płaczącą wierzbą. Niewyobrażalna duchota, brudne spodnie, spocony sweter i zakupy dla mamy. Smutne i puste rozmowy... i ona patrząca coraz bardziej martwym spojrzeniem, głaszcząca mnie po głowie, nie radząca sobie z niczym. smutna martwa, wysuszona, kochana siostrzyczka... pomóc jej i sprawić żeby żyła... oddałbym życie za to, całe moje cholernie życie, które tak kocham za jej szczęście... dopierdol mi Boże i ożyw moją rodzinę... zabij mnie i wypruj mi flaki, żeby tylko było inaczej. Pseudohumor, szaleństwo w oczach, oglądanie filmu o wieżach utkanych z bólu i zaczynających nową historię, jeszcze gorszą, jeszcze bardziej szpetną. I wreszcie noc i on czekający na mnie po drugiej stronie lustra, obrzydliwy, martwy typ.
Boję się, że ona umrze i nie pozna co to szczęście... zacząłem bać się śmierci, moja obsesja stała się moją obawą i moim przerażeniem... po prostu cholernie się boję. Od wczoraj mam dojmujące uczucie, że ktoś mnie porzucił, że ktoś mnie zostawił, że ktoś mnie skrzywdził. A przecież nic takiego się nie stało, więc skąd takie uczucie. Czuję się tak jakby ktoś po długoletnim związku zostawił mnie w rozpaczy i samotności, zostawił i śmial się prosto w twarz, że nareszcie mnie to spotkało... a przecież na Boga, ja od prawie dwóch lat jestem sam... zaczynam umierać na sam dźwięk słowa "sam" "samotny" ... moja duma stała się moim przerażeniem. Chce mi się rzygać i chce obciąć sobie rękę, nie wiem sam czego mi teraz trzeba. Boże pomóż mi uratować moją siostrę, moją rodzinę... przynajmniej daj mi natchnienie. Jest mi tak cholernie przykro i chyba najwyższy czas wszystkich przeprosić... Wiem... widziałem drzewa i pole kukurydzy... olbrzymie pole kukurydzy, to jest odpowiedź... cytując siebie "w mojej głowie niezmierzone pola kukurydzy" i tam się ukryłem... muszę tylko stamtąd wyjść ... ratunek musi nadejść
Miałem sto pomysłów o tym co chcę napisać i jak zwykle padły śmiercią naturalną. Tak już mam, że liczy się tu i teraz, a nie to co planuje wcześniej. Zacząłem urlop i kompletnie i z konsekwencją maniaka marnuje swój czas nie robiąc kompletnie nic. Nigdzie nie jadę, nic nie zwiedzam... o!! wczoraj pojechałem na nockę do pracy... czy to normalne??? Zdecydowanie nie. Poza tym z uporem maniaka (i jest to celowe powtórzenie, bo nie mam za cholerę pojęcia jak można zastąpić to pojęcie) olewam ludzi. Zresztą zawsze to robię i czekam wciąż uporczywie czekam, aż ktoś w końcu oleje mnie tak konkretnie i zdecydowanie. Miałem spędzić romantyczny dzień i noc z Barbarą i odmówiłem w ostatniej chwili, sprawiając jej przykrość. W zeszłym tygodniu miałem się spotkać i wyjaśnić sobie wszystko z Białostockim i rzecz jasna nie dałem znaku życia. Miałem odpisać Małgosi (najmądrzejszej kobiecie świata) na maila i umówić się na spotkanie i pojawiło się milczenie. Miałem się spotkać z Grzesiem, Olkiem, Władkiem, Hermenegildą...etc. i nie odpowiadam nie odpisuje wycofuje się nie i jeszcze raz nie. Niestety to jedyny sposób żeby podkreślić to iż żyję tylko i wyłącznie dla siebie i zmierzam do tego żeby zdechnąć samotnie na ulicy jak również o to, żeby Państwo martwiło się o to co zrobić z moimi gnijącymi zwłokami. Wkurwia mnie to w sobie niezmiernie bo większość z tych osób bardzo cenię i bardzo lubię. Np Kubusia - blogowe uszko, któremu codziennie w myślach odpisuje na smsa. Ale jednak postępująca alienacja nie pozwala mi się z nimi spotykać i utrzymywać kontaktu... właściwie chciałbym na te przypadłość odnaleźć lekarstwo... ale nie ma go i nie będzie.
Poza tym ostatnio marzy mi się żeby podszedł do mnie nieznajomy i mnie uratował. Nie mam pojęcia od czego miałby to być ratunek, ale chyba od siebie samego. Tęsknie za niczym nie skepowanym przepywaniem z drugą osobą.
Gdybym miał lat szesnaście a od dziewięciu lat już nie mam to na pewno byłbym emo chłopcem. Strasznie mi się podobają takie dzieciaki... one sa przepiękne... wystudiowane, przelansowane owszem, ale takie fajne. Podejrzewam, że taki emo-chlopak mógłby być moją wielką szaloną wakacyjną miłością. Więc mam jeszcze półtora tygodnia na poznanie, zakochanie i zakończenie... Dla takiego Emoboya byłoby to nawet fajne, bo przecież ta popkultura o ile można ją tak nazwać uwielbia cierpieć. Zresztą ludzie krytykują ten styl, a sami dążą do destrukcji i celowo wyszukują różne sytuacje dzięki którym mogą cierpieć. Przoduję w tym moją siostra numer dwa, która cierpienie celebruję i u której dołek i depresja nabierają nowego wymiaru... po prostu są częścią jej samej i bez tego piękna M. nie byłaby sobą. Poza tym cierpienie i nieszczęście to najlepszy sposób żeby zdobyć przychylność drugiego człowieka i zgadzam się i podpisuję się pod tym obiema rękami, że niestety ale ja jestem bardzo podatny na to jak komuś jest źle... po prostu nie umiem się wtedy nad nim pastwić, nie umiem go tak zdecydowanie olać... chyba mam dobre serce, albo jestem cholernie naiwny... bo cierpienie bywa środkiem do zrealizowania celu. Te wszystkie historie z życia wzięte, o przemocy w rodzinie, alkoholiźmie, o tym, że kogoś bił chłopak, i to nie ręka ale siekierą, że kogoś zdradzała dziewczyna i to nie raz i nie z jednym kolesiem, ale z armią napalonych murzynów. To wszystko jeszcze celowo ubarwione ma wzbudzić litość i współczucie i ja sie daję na to nabrać i jak sądzę wielu ludzi trakże.
Siedzę w kafejce internetowej, a koło mnie usiadły dwie cyganki - ładne 15latki. Czuję mrowienie na plecach, bo romki to złodziejki, a ja mam tysiaka w torbie. A jak mnie okradną, co zresztą jedna próbuje teraz zrobić to co będzie??? Poza tym bezczelnie teraz zaglądają mi w monitor... eh taki urok kafejek internetowych. Zresztą ja tez zawsze zaglądam kątem oka co ludzie wypisują... ciekawska ze mnie bestia w końcu. W końcu jak robimy coś publicznie to musimy zdawać sobie sprawę z tego, że ktoś będzie śledził nas wzrokiem. Poza tym dziś zamierzam się upić... eh
Sława Przybylska ma piękny akcent. Żałuje, że dziś w Polsce tak rzadko można usłyszeć to słynne "ł" czyż to nie było seksi??? Poza tym jak słucham te stare piosenki, to jakoś tak lekko robi się na sercu, ale zarazem budzi się taka szalona tęsknota, że przyszło mi żyć w martwych czasach bez żadnego wyrazu... beznadzieja. Dosłownie i w przenośni rzygam tą całą nowoczesnością i kompletnie nie wiem co jest grane. No własnie bo co jest??? Ludzie nowocześni są do dupy. I jest kilka takich śmiesznych rzeczy w tych osobnikach. Na przykład wplatanie w język ojczysty, amerykańskiego słownictwa, a jeszcze lepiej zachodniego slangu... zabawne jest to, jaki każdorazowo mają orgazm mówiąc coś niezrozumiałego dla przeciętnego Jana Kowalskiego czy tez Marka Mareckiego. Poza tym ubierają się zajebiście oryginalnie... albo ida w stronę drogich marek, albo mieszania styli, albo i jedno i drugie. Oryginalność, indywidualizm, poza i jeszcze raz poza... nudy i rzygi nic więcej. Bo to wszystko jest tak cholernie sztuczne i naprawdę sprzedam mieszkanie którego nie mam albo swój tyłek na który nie ma chętnych za poznanie chociaż jednej naturalnie, bezpretensjonalnie nowoczesnej i oryginalnej zarazem osoby. Bo jak ktoś chce iść teraz z duchem czasu to koniecznie musi się wyrzec duszy... a bytowanie bez duszy jest kompletną paranoją. Jestem zacofanym człowiekiem i na wielu nowinkach technicznych się nie znam, świat raz za razem mnie ekscytuje i przytłacza... potrafię otwierać oczy i usta ze zdziwienia i infantylnie klaskać w ręce, podkakując przy tym jak pajac. Nie mam zamiaru udawać, że coś jest dla mnie oczywiste. Jeśli czegoś nie wiem to mówię, że nie wiem... nie rozumiem jakiegoś słowa, to pytam znosząc przewracanie oczami i bufoniarstwo co niektórych osób... to smieszne udawać, że zjadło się wszystkie rozumy... chyba, że rzeczywiście się je zjadło... a jeśli tak, to jestem cholernie ciekawy jak smakował mój rozum. Wzrasta we mnie dziwnego rodzaju napięcie... mam ostatnio dziwny rodzaj negatywnej euforii. Krzyczę po wszystkich i po wszystkim. Wiedziałem, że jestem awanturnikiem, ale nie wiedziałem, że aż do tego stopnia... dziwne, bardzo dziwne. Czekam z niecierpliwością i strachem, aż ktoś w końcu da mi w mordę, bo to jest absolutnie niemozliwe, zeby przy moim zachowaniu nie dostac w nią ani razu.
Z moją rodziną dzieję się niedobrego. Alkohol, bieda, długi, hazard, depresja, a ostatnio nawet kurwienie się za pieniądze. Słowem dno... żal mi mojej rodzinki bo większość z nich to dobrzy ludzie, którzy nie poradzili sobie ze złem tego świata, albo inaczej... radzą sobie na swój, żałośnie prosty sposób. Tak się zastanawiam jak pomóc nie tyle tym, którym doskwierają te problemy, ale mojej najbliższej rodzinie, która jest nimi obarczona. Ale jedyne co mi przychodzi do głowy to masowy mord za pomocą kałasznikowa... a to dobry sposób raczej nie jest. W każdym razie mamy ze starszą siostrą utkany plan jak wyciągnąć częśc rodziny z długów... na razie to tylko zarys, ale niech mi tylko puści wyobraźnia... w końcu nie ma sytuacji bez wyjścia, a przynajmniej ja takiej nie znam... w najgorszym razie trzeba spierdalać niczym Forrest Gump. W Katowicach wszyscy mają HIV, ostatnio do takiej odkrywczej teorii doszliśmy z moim współlokatorem. On postanowił zaszyć się w domu i już nigdy nigdzie nie wychodzić, a ja musze obadać sprawę. Zresztą to chyba nie ma sensu, czego można się spodziewać po tym jak traktują swoje ciała homoseksualiści i nie tylko. Przecież wszystko ostatnio kręci się wokół rżnięcia... przynajmniej tu na miejscu, albo tylko o tym się mówi, albo tylko to się robi. I to mężczyźni i kobiety, strarzy, młodzi to jakaś dziwna mania... a seks naprawdę jest przereklamowany, chociaż żyć bez niego nie sposób. Właściwie ja pewnie też mam HIV bo czemu by nie, a jesli już tak naprawdę kiedyś złapię to będę z pełną świadomością wiedział, że to moja wina i będę żył sobie dalej... tyle, że wytatuuje sobie na czole, że jestem nosicielem, żeby nikogo nie zarazić... bo dla mnie HIV to byłby problem tylko na początku, takie zderzenie się z prawdą, jestem twardy facet i nie rozczulam się nad sobą az tak bardzo, ale wiem, ze nie każdy jest taki jak ja. Zresztą irytuje mnie jak czytam, że ktoś zarażony nagle postanawia uswiadomić świat jak źle postępuje, jak robi z HIV problem na miarę trzeciej wojny światowej ( która notabene zbliża sie nieuchronnie) jak płacze, moralizuje i krytykuje a w duszy wrzeszczy "dlaczego ja". Odpowiedź jest prosta: Dlatego, że się kurwiłeś o jeden raz za daleko, pogódź się z tym, albo zdychaj jak pies. Oczywiście inne przypadki zarażenia też wchodzą w grę ale na to pytanie można odpowiedzieć nieelegancko pytaniem: "A dlaczego mała dwuletnia Zosia umarła na białaczkę?". Przeznaczenie, nic więcej... Dzisiaj żyjemy, jutro nasz trup leży na dnie jeziora Proste
Nananana dziwny, dziwny, dziwny jest ten świat śpiewała wczoraj Maria Peszek na Festiwalu w Sopocie. Jakaż ona piękna i niezwyczajna... i jestem pewny, że się nie mylę, ale Peszkowa jest w tej swojej ekspresji artystycznej bardzo prawdziwa. Pytanie brzmi czy pozostanie taka czy się zatraci. Póki co, kocham ją. Świat nie jest dziwny, świat dla każdego jest inny. Ile ludzi tyle form postrzegania, możemy naginać rzeczywistość, sterować tym co myślą o nas inni, ale i tak pozostajemy ślepymi marionetkami w rękach losu. Przez pięć lat starałem się o kobietę, o świetną pracę, o poklask i szacunek i gdy już to wszystko osiągnąłem zabiła mnie cegła, albo moja kobieta została zgwałcona przez tuzin brudnych, szczerbatych cyganów na moich oczach. Świat nie jest dziwny, ale owszem wywołuje zdziwienie raz zarazem. Ci, którzy mówią, że ich już nic nie dziwi, niech lepiej umrą ... bo lepsze życie w wiecznym zdziwieniu niż w nudzie przewidywalności. Wstałem skoro świt, przestawiając budzik siedmiokrotnie... niespokojnym krokiem poszedłem na dworzec pkp, bo nocowałem u rodziców. Złapałem busa, zasiadłem wygodnie zajmując trzy ostatnie siedzenia i zasnąłem. Jestem stuprocentowo pewny, że jak zasypiam w publicznych środkach komunikacji to chrapię. Chrapię na całego, być może się nawet onanizuje i jęcze przez sen... przecież podczas snu tracimy kontrolę nad sobą. W kązdym razie odprowadzany spojrzeniami współpasażerów wybiegłem z busa. Godzina młoda, do pracy jeszcze półtorej godziny, więc idę na kawę. Czytam gazety w których nic nie ma do czytania, piję kawę która smakuje jak papierowy kubek do którego jest wlewana, patrzę na ludzi i ich nie widzę. Wstaję i znowu biegnę i biegnę spiesząc się na uciekający autobus. Wypalam fajkę, wsiadam, znowu zasypiam, znowu wysiadam i czekam na szefową. Przychodzi, sprząta, a ja piję kolejną kawę i udaję, że coś robię. Ściema opanowana do perfekcji... później jakieś zebrania na których znowu zasypiam, piwo, którego nie dopijam, ludzie żebrzący o fajkę, którym wzrokiem mówię "wypierdalaj" wydmuchując im dym prosto w twarz i znowu pociąg i znowu sen i znowu powrót do rodziców. I w tym ciągłym jawo-śnie wciąż się rozglądam wciąz i wciąż i wciąż Bóg raczy wiedzieć za czym. W każdym razie takich pustych dni życzę sobie jak najmniej.
Peszek
W czwartek jadę po raz setny w tym roku do Warszawy... nudy. Bo co można robić w Warszawie, chyba tylko się tam zgubić. Kolejne szkolenie o tym samym co zawsze. Może po prostu zabawię się w uprzedzanie faktów, wyjdę na srodek sali sympozjalnej i sam zacznę prowadzić szkolenie. Już widzę siebie szkolącego tych wszystkich głąbów w gestapowskim odzieniu i munczako w ręku. W ogóle już chyba nawet nie jestem pewny jak wygląda munczako. Ostatnio siedząc po długim okresie nieobecności w pedałowni wypaliłem całą paczkę fajek. Piłem jedno piwo przez trzy godziny, paliłem fajki i obserwowałem panów ładnych i mniej ładnych. Rzygałem sobie w myślach i mamrotałem pod nosem... jestem ciekawy czy się kiwałem w tył i w przód. Jeśli tak, to czas chyba iść na emeryturę. Zresztą mam fajny patent na emeryturę. Będę chodził na cmentarze i pełnił będe funkcję nieformalnego grabaża. Naprawiał stare groby, wyrywał chwasty i stawiał przewrócone krzyże. Będę rozmawiał z umarłymi i prosił, aby pozostawili mnie na ziemi jak najdłużej... bo jednym z takich moich ukrytych pragnień jest dożyć w względnym zdrowiu przynajmniej setki. Moja mądrość przekroczyłaby wtedy wszystkie granice... zważywszy na to, że już teraz jest bardzo nieprzeciętna ahahaha